Pierwszy wpis powstał w macedońskiej wersji bloga. Ów natomiast, pisany po polsku, nie jest tłumaczeniem z macedońskiego, choć do tamtego wpisu nawiązuje.

Macedoński jawi mi się czasem jako język bardziej miękki pod względem znaczeń niż polski. Nawet tytuł Patot kon Makedonija ma w sobie więcej miękkości, a mniej infrastrukturalnego ciężaru. Oznaczałby dosłownie „tę drogę w kierunku Macedonii”.

Natomiast polski tytuł Droga do Macedonii mógłby wywołać uśmiech u Macedończyka, ponieważ „droga” (дрога) oznacza narkotyk. Taki tytuł mógłby się więc kojarzyć z czymś w rodzaju „narkotyku do Macedonii” – cokolwiek by to miało znaczyć – albo „narkotyku przy Macedonii”.

Ten zbieg okoliczności ma dla mnie pewien sens, bo Macedonia w ciągu ostatnich dwóch lat naprawdę stała się dla mnie czymś w rodzaju narkotyku. Muszę do niej wracać, by przyjąć kolejną dawkę. A gdy jestem daleko, na głodzie, dźwięczą mi w głowie słowa starej piosenki zespołu Memorija:


Кога си сам и тажно е сѐ,


На неа ти сети се,


Македонија ти нуди љубов и сѐ.


Koga si sam i tažno e sè,


Na nea ti seti se,


Makedonija ti nudi ljubov i sè.

Dosłownie tłumacząc:

Gdy jesteś sam i wszystko jest smutne,

Przypomnij sobie o niej,

Macedonia oferuje ci miłość i wszystko.

Transalpina, Rumunia, wrzesień 2023

Droga na południe

Był wrzesień 2023 r. Trochę wcześniej kupiłem – po kilku latach przerwy od jeżdżenia motocyklem – starą, poczciwą Yamahę XJ900 Diversion i, korzystając z urlopu, ruszyłem w wymarzoną trasę przez Bałkany.

Skierowałem się przez Słowację i Węgry do Rumunii, zasmakować cudownej Transalpiny. To było przeżycie. Od północnej strony pochmurno, padał orzeźwiający deszcz. Transalpina to taki mały tor wyścigowy z zapierającym dech widokiem w tle – przynajmniej mnie kusi by testować limity. Raz wyleciałem z zakrętu – na szczęście nie w przepaść, a w las. Małe błotko, mała górka – hopka i bezpieczna nawrotka na drogę. Na górze panowała mistyczna mgła, a po przekroczeniu przełęczy kompletnie inny świat – gorąc, słońce i przejrzyste powietrze nieprzysłaniające widoków i owładającej przestrzeni.

Okolice Pukë, Albania, wrzesień 2023

Kolejnym obszarem i celem mojej wycieczki, do którego chciałem dotrzeć jak najprędzej, była północna Albania, z jej równie mega-efektownymi drogami i widokami, będącymi gotowymi pocztówkami na Instagrama, niewymagającymi obróbki. Następnie plan wiódł do „zaczarowanego” Durmitoru w Czarnogórze – miejsca jak z bajki lub wyimaginowanej planety wyjętej z powieści fantasy. Po drodze czekał mnie zatem przeskok przez Bułgarię i Macedonię, w których nie miało mnie spotkać nic nadzwyczajnego. Oprócz tego satysfakcjonującego rytmu kół nawijających na siebie przestrzeń. A jednak nie okazało się to prawdą.

Durmitor, Czarnogóra, wrzesień 2023

Błądząc nieco w Blagoewgradzie, dotarłem na granicę macedońską po północy, wcześniej będąc zatrzymanym przy posterunku, w ciemnym, głuchym lesie, przez bułgarskich policjantów. Biła od nich refleksyjna miękkość, obudowana w coś twardego i, rzekłbym, brutalnego, schowanego w chwili naszej interakcji. Taki we mnie wzbudzali miks uczuć, podszyty niepokojem, i myślałem, że to jakieś archetypy „bałkańskich mężczyzn”. Poza tym zastanawiałem się, czy są aby całkowicie trzeźwi. Dość długo rozmawialiśmy. Powiedzieli, że tutaj na Bałkanach, gdy będę kiedykolwiek głodny, w każdej wsi mnie nakarmią – taka to właśnie zasada Bałkanów. Zatroszczyli się, czy mam pełny bak benzyny, a gdy odjeżdżałem, stanęli na baczność i zasalutowali z jakimś wojskowym okrzykiem… To było wzniosłe, ale nie mogli być chyba trzeźwi. Wówczas myślałem, że wkraczam w trochę bardziej obcy świat.

Delčevo, wrzesień 2023

Delčevo, Macedonia, około pierwszej w nocy. Stacja benzynowa przy wjeździe do miasta i pierwsi ludzie, których tam poznałem – Borče i Aleksandar. O tamtej porze nie było szans na hotel i spędziłem czas na stacji, rozmawiając prawie do rana. Mimo że wówczas nie znałem jeszcze macedońskiego, ani jednego słowa, od razu poczułem to niezwykłe ciepło bijące od tamtejszych mieszkańców.

Jeżdżąc o świcie po okolicy, poczułem jakiś związek z tym miejscem, niby tak zwyczajnym. Ani efektownych gór, ani specjalnej infrastruktury. Trochę rzeczy się rozpada, trochę rozgrzebanych konstrukcji. Właściwie to jedno z tych miejsc, z których czasem kpią sami Macedończycy. Nie wiem, co mnie tam zaczarowało. Próbując wznieść się w kierunku obiektywizmu, tudzież zejść na ziemię, czasem trudno bronić to uczucie. Dość, że spędziłem tam dodatkowy dzień – w sumie dwa zamiast jednego – zostałem doskonale przyjęty, poznałem wielu ludzi i wyjeżdżałem z prawdziwym smutkiem.

Galičica, wrzesień 2023

Skierowałem się w stronę zachodniej Macedonii. Zerknąłem na Ochryd i Strugę, odwiedziłem monastyr Sveti Naum i wspiąłem się drogą P504, z której można obserwować najpiękniejsze panoramy Jeziora Ochrydzkiego. A że było to pod wieczór, mogłem obserwować promienie zachodzącego słońca, perfekcyjnie odbijające się w jego tafli. Na górze było rześko i pusto. Do Prespy już nie podążałem.

Jakiś czas zastanawiałem się, dlaczego na każdej stacji w tej okolicy są jednostronne najazdy i albańskie auta stojące pod dystrybutorami przechylone bokiem o 30 stopni. Potem zrozumiałem, że to tylko walka o każdy litr cennej substancji, dużo tańszej tutaj, w Macedonii.

Punkt widokowy Galičica z widokiem na Jez. Ochrydzkie, wrzesień 2023

Nie zapomnę też Macedończyka wybiegającego za mną ze stacji benzynowej w Strudze, wołającego: „Bracie, nie jedź tam do Albanii, tam są źli ludzie!”. Za chwilę stałem się za to prawie ofiarą kolizji drogowej. Może niedoszły sprawca też próbował powstrzymać mnie przed wyjazdem.

Albania, Czarnogóra, a potem szybko, jednym ciągiem z południa Chorwacji do domu, autostradami przez Słowenię, Austrię i Czechy. Właściwie już w Macedonii, im bardziej się oddalałem od Delčeva, tym większa tęsknota we mnie narastała. Wiedziałem, że to do Macedonii będę wracał.

Okolice wsi Bigla, gdzieś pomiędzy Delčevo a Vinicą, maj 2024

Macedońska obsesja

Po powrocie, jeszcze tego samego miesiąca zamówiłem wydany w Australii podręcznik do nauki macedońskiego na podstawowym i średnim poziomie. Przerobiłem go w sumie dwa razy. Chodziłem też non-stop w słuchawkach, słuchając rozmaitych podcastów i audiobooków. Codziennie oglądałem kreskówki – pierwszą była Jana, która mnie zauroczyła – seriale, a szczególnie Makedonski stari prikazni (znane też jako Makedonski narodni prikazni), o których wypada zrobić oddzielny wpis. Trudno nie stać się wielbicielem tego niepowtarzalnego klimatu – miksu autentycznej mądrości ludowej, podanej z gracją, z macedońskim dystansem i poczuciem humoru w odniesieniu do zwykłych sytuacji. To poczucie humoru niekoniecznie się narzuca, a wyrażone bywa subtelniej – poprzez styl, uśmiech i lekkość bycia.

Typowa opuszczona mariovska wieś – Čanište, czerwiec 2025

Żyłem tym, co się dzieje w Macedonii. Zaczynałem dzień od wiadomości lub od porannej audycji Tik-Tak i Zorka od Radio Skopje, Radio 2. Słuchałem też audycji macedońskich diaspor, rozsianych po całym świecie – zwłaszcza tych z Australii – a nawet Makedonsko Sonce, macedońskiego programu kulturalnego z serbskiej Wojwodiny. Gdy przeczytałem jedyne dwie książki, które udało mi się zdobyć w Polsce, zabrałem się za dostępne publicznie w internecie… macedońskie podręczniki szkolne.

Nie zliczę teraz ogromu wszystkich źródeł i wspomnę o nich dokładniej we wpisie dedykowanym nauce języka. Dodam tylko, że nauka macedońskiego pomogła mi przetrwać chwile samotności i zimowe, ciemne dni. A im dłużej się go uczyłem, tym bardziej zaczynał mnie fascynować ten wyłaniający się prasłowiański korzeń, który zaczynałem dostrzegać. Tym samym pojawiało się uczucie kontaktu z przeszłością własnego, ojczystego języka.

Bitola, czerwiec 2025

Taga za Jug – powroty

Czekałem tylko na wiosnę 2024, by znów odpalić motocykl i pojechać do Delčeva. Udało się to zrealizować w czasie prawosławnej Wielkanocy (Велигден / Veligden). Spędziłem fantastyczne pięć dni z przyjaciółmi, niezapomniane chwile, a nabożeństwo wielkanocne – w cerkwi. Objeździłem też drogi wschodniej Macedonii: okolice Kratova, Strumicy, Štipu i Kočani, czy Berova – nie zapomnę, jak wspaniale zostałem tam ugoszczony. Tym razem, mogąc komunikować się już wystarczająco tylko w języku macedońskim, bez wsparcia innych języków, pogłębiłem jedynie swoje doświadczenie Macedonii i Macedończyków.

Po powrocie nie wytrzymałem długo bez kontaktu z językiem i kontynuowałem naukę macedońskiego. Chwytała mnie Taga za Jug – przy czym mam tu na myśli słynny wiersz Konstantina Miladinova, napisany w dialekcie struszkim (z rejonu Strugi) w dalekiej Moskwie, opowiadający o tęsknocie za południem, rodzinną ziemią. Chciałem też zaprzeczyć jakobym „chwytał” wówczas nazwane tym właśnie tytułem wino, pochodzące z rejonu Tikveš.

Mavrovo, czerwiec 2025

W bieżącym roku, 2025, latem, udało mi się wygospodarować trzy tygodnie na kolejny wyjazd. I znów, po przekroczeniu granicy z Serbią, od razu zaświeciło „makedonsko sonce”. Poczułem się jak w domu. Już za chwilę poznałem w Kumanowie motocyklistów z klubu Mečkite (Niedźwiedzie). Zawitałem ponownie do Delčeva, spędziłem tydzień w Prilepie i w sumie też około tygodnia w Skopje. Trudno mi tu zreferować wszystko, gdyż zjeździłem chyba wszystkie główne drogi Macedonii. Uwielbiam Mariovo, a tylko trochę mniej Mavrovo. Kocham szczególnie całą wschodnią Macedonię – za spokój, ciszę, świeżość i zieleń. Poznałem wielu ludzi. Podziwiałem otwarcie Festiwalu Vojdan Černodrinski w Prilepie (tutaj ukłon dla właściciela hotelu Central, wraz z synami, dzięki którym otrzymałem za darmo bilet) i sprawiło mi radość zobaczenie kultowego aktora Goce Todorovskiego na żywo. W Pehčevie poznałem klub Vepari (Dziki) ze Skopje, których potem kilkukrotnie odwiedzałem w ich siedzibie. Uczestniczyłem w imprezie z okazji inauguracji klubu Dragons z Vinicy. Pojechałem ze znajomym prilepczaninem do Kruševa oraz na zlot do Kavadarci, organizowany przez klub Tikveš Riders.

Kruševo, czerwiec 2025

To dość chaotyczny i spontaniczny rzut okiem wstecz, gdyż w pamięci dużo się kotłuje. Zaskoczeniem było dla mnie Skopje, gdyż obiektywnie rzecz biorąc, miasto nie jest czyste, nie jest bardzo tanie (porównując zarobki w Macedonii do tamtejszych kosztów życia, powiedziałbym, że w wielu aspektach absurdalnie drogie). Ma też problemy z cyrkulacją powietrza, co powoduje trudny do wytrzymania gorąc latem, a zimą mgły i trujący smog – uważany za najbardziej uciążliwy wśród europejskich miast, obok Sarajewa. Oferuje stosunkowo mało zieleni i parków. Jednak ma taką energię, że właśnie tam wróciłem na ostatnie kilka dni wakacji.

Pamiętam unoszący się słodkawy zapach, ten opoen miris, który chłonąłem, sunąc motocyklem przez miasto. I nie był to zapach tych przepełnionych śmietników, ale chyba roślin, drzew, jakiejś mieszanki, której nie potrafię nazwać. Nie znałem go wcześniej, ale po chwili wydał mi się „mój”. I to było właśnie najdziwniejsze – widzieć jedno, a czuć zupełnie co innego.

Mariovo, czerwiec 2025

K’smet

Po powrocie do Warszawy przez trzy tygodnie czułem się obco, zanim udało mi się przywyknąć do tej sterylności, szerokich ulic, porządku i spokoju. Do miasta, które naprawdę lubię i z którego jestem dumny, że się rozwija i że jest właśnie takie, jakim jest obecnie. No i – muszę to przyznać – do tej nieobecności i skrępowania ludzi w przestrzeni, grobowych min, zamknięcia w telefonach i jakiegoś zmęczenia twarzy na przystankach czy w autobusach.

Widok Skopje ze zbocza góry Vodno, czerwiec 2025

I teraz znów wracam do Skopje, w najtrudniejszym momencie roku, w środek wspomnianego skopskiego smogu – znów badać, czy Macedonia jest właściwym kierunkiem, czy tylko marzeniem.

I tutaj, stawiając kropkę, aż prosi się użyć starego macedońskiego słowa o tureckim rodowodzie – „к`смет / k`smet” – słowa, które oznacza los, przeznaczenie, lecz dysponuje być może głębszym ładunkiem emocjonalnym niż jego słowiański odpowiednik – „sudbina”. Może macedońska „droga” to właśnie mój k`smet.

Delčevo, wrzesień 2023

Przewijanie do góry