
Linka śmierci
Pierwszy tydzień, jedna ręka mniej.
Nie wiem, co o tym myśleć.
Dwa lata marzyłem o Macedonii, uczyłem się języka, przyjechałem z sercem na dłoni. A ona? Ona mnie testuje – smogiem, błotem, karaluchami. Jakby chciała obedrzeć mnie z przekonania, że prawo do komfortu, porządku i zasad jest przyrodzone. Że nawet prawo do dwóch sprawnych rąk jest oczywistością.
Chciała zostawić mi tylko spuchniętą lewą – narzędzie egzystencjalnego minimum. Jakby się nie zorientowała, że z wystającego z gipsu kciuka też może powstać blog.
Potrwa to tylko 3-4 tygodnie. A rehabilitacja tutaj? Może stanie się okazją do jakichś nowych znajomości.
Miałem pisać o odkryciach literackich i teatralno-filmowych – Madžirov, Stefanovski, Makedonski prikazni. Była koncepcja, był flow. Jeszcze tylko dwa dni w bibliotece i miał powstać tekst o czymś głębokim.
Wracając jednak szybkim krokiem z siłowni natknąłem się na tę linkę – linkę, która była tam już dziesięć lat temu, co potwierdzają zdjęcia w Google Maps. Linkę tak samo szarą jak chodnik, nad którym cierpliwie wisi. Zastanawiam się, ile ofiar zebrała przez ten czas.

Efekt? Nadwyrężony lewy nadgarstek, spuchnięta lewa dłoń, stłuczone prawe kolano, i przede wszystkim – pęknięty prawy łokieć.
Paradoksalnie jednak – doświadczenie ze szpitala było bardzo dobre. Kto z nas nie spędził nocy na polskim SOR? A tutaj ogarnęli mnie od wejścia do wyjścia w godzinę. Lekarze mili. Koszt około 28 euro – zaskakująco niski. Chcę wierzyć, że to norma, a nie tylko szczęście w nieszczęściu.
Czego to mnie uczy? Na razie – determinacji. Trochę większej ciekawości tego kraju. I chyba przede wszystkim tego, że wygoda potrafi znudzić, a elementarne przeszkody i codzienne absurdy – jeśli tylko nie zabiją – potrafią paradoksalnie ożywić.