Nie wiem, co o tym myśleć.

Dwa lata marzyłem o Macedonii, uczyłem się języka, przyjechałem z sercem na dłoni. A ona? Ona mnie testuje – smogiem, błotem, karaluchami. Jakby chciała obedrzeć mnie z przekonania, że prawo do komfortu, porządku i zasad jest przyrodzone. Że nawet prawo do dwóch sprawnych rąk jest oczywistością.

Chciała zostawić mi tylko spuchniętą lewą – narzędzie egzystencjalnego minimum. Jakby się nie zorientowała, że z wystającego z gipsu kciuka też może powstać blog.

Potrwa to tylko 3-4 tygodnie. A rehabilitacja tutaj? Może stanie się okazją do jakichś nowych znajomości.

Miałem pisać o odkryciach literackich i teatralno-filmowych – Madžirov, Stefanovski, Makedonski prikazni. Była koncepcja, był flow. Jeszcze tylko dwa dni w bibliotece i miał powstać tekst o czymś głębokim.

Wracając jednak szybkim krokiem z siłowni natknąłem się na tę linkę – linkę, która była tam już dziesięć lat temu, co potwierdzają zdjęcia w Google Maps. Linkę tak samo szarą jak chodnik, nad którym cierpliwie wisi. Zastanawiam się, ile ofiar zebrała przez ten czas.

Linka śmierci, Kisela Voda, Skopje, grudzień 2025

Efekt? Nadwyrężony lewy nadgarstek, spuchnięta lewa dłoń, stłuczone prawe kolano, i przede wszystkim – pęknięty prawy łokieć.

Paradoksalnie jednak – doświadczenie ze szpitala było bardzo dobre. Kto z nas nie spędził nocy na polskim SOR? A tutaj ogarnęli mnie od wejścia do wyjścia w godzinę. Lekarze mili. Koszt około 28 euro – zaskakująco niski. Chcę wierzyć, że to norma, a nie tylko szczęście w nieszczęściu.

Czego to mnie uczy? Na razie – determinacji. Trochę większej ciekawości tego kraju. I chyba przede wszystkim tego, że wygoda potrafi znudzić, a elementarne przeszkody i codzienne absurdy – jeśli tylko nie zabiją – potrafią paradoksalnie ożywić.

Przewijanie do góry