Prawda nie mieści się w jednym śnie, lecz w wielu snach“

„La verità non sta in un solo sogno, ma in molti sogni”. To motto z Kwiatu tysiąca i jednej nocy Pasoliniego kojarzy mi się z ewolucją mojego postrzegania skopijskiej rzeczywistości. Nie istnieje pojedyncze i obiektywne spojrzenie reprezentujące całą prawdę.

Po przyjeździe z Polski mogą zaskoczyć pewne obszary, funkcjonujące tutaj na swój odmienny sposób. Jednak już po niedługim czasie rzeczy błahe stają się tylko ledwie dostrzegalnym tłem – a mówiąc bardziej obrazowo i nawiązując do klasyka: minusy przestają nam wreszcie przesłaniać plusy:

+Z komunikacją miejską można żyć i przeżyć. (Byle trzymać się poręczy, stojąc w autobusie).
+Powietrze nie jest super, ale duży smog też nie jest notoryczny. Zresztą okres smogowy nie trwa długo w skali roku.
+Mózg szybko adaptuje się do przestrzeni – do dziur, nierówności, samochodów na chodnikach, niezabezpieczonych uskoków oraz do innych przeszkód – co poprawia czujność, spostrzegawczość i ogólnie funkcje poznawcze. Założę się więc, że chroni to przed demencją.
+W ogóle wzrok mi się poprawił. Za każdym razem dostrzegam tę „linkę śmierci“, gdy tylko obok niej przechodzę.
+Klatka umyta.
+Akomodacja oka działa wspaniale – widzę plusy, a minusów i bazgrołów gdzie popadnie już nie.
+Ludzie są cudowni i wciąż to powtarzam. Oznaczę większym plusem.
+ +Nie brakuje urodziwych kobiet. Wiadomo, rzecz gustu, ale jak dla mnie, Macedonki mają coś w sobie.
+Szpital? Pierwsze wrażenie było pozytywne… A ostatnie? Też pozytywne, bo słono mnie kosztowało – tym razem w luksusowej klinice z palmami i portykiem w stylu jońskim. Co było pomiędzy tymi wrażeniami niech pozostanie w ciszy. Grunt, że ręka jest już swobodna i dobrze funkcjonuje.
+Różnice w odczuwalnej temperaturze wciąż mnie zadziwiają… Czasem 5 stopni i swobodnie można chodzić w letniej kurtce, bez czapki – jakby wiosenne powietrze. Innym razem, przy takiej samej temperaturze, wilgotne zimno przeszywa ciało okrutnie. Ale za to pierwsze opisane 5 stopni należy się plus.
+Słoik stojący na odpływie też na plus. Robaki nie mają szans. Tylko przez denko mogą oglądać łazienkę.
+Serio, pozytywnie się zdziwiłem, jak spokojnie było w Sylwestra. Znając odgłosy z imprez niesylwestrowych w Delčevo, tutaj spodziewałem się natężenia dźwięków wprost proporcjonalnych do powagi stolicy i sylwestrowej nocy. A jednak, w miejscu, w którym mieszkam, spokojniej było niż w Rembertowie. Również przed Sylwestrem, przez kilka dni z rzędu, miały miejsce imprezy plenerowe na jakiejś mini scenie – i kończyli grzecznie o 22!
+Ogólnie lubię tę przestrzeń. I nawet jeśli zdarza się, że doskwiera samotność, to wciąż wolę przeżywać ją tutaj niż w Warszawie.
+ +Kawa jest pyszna wszędzie, co jest warunkiem dobrostanu. W Macedonii nigdy nie zdarzyło mi się pić niedobrej kawy.
+ + +Prawie bym zapomniał, a to przecież aż trzy plusy: z tego co mówią, mają mnie tu ożenić – zobaczymy.

Tak czy siak, podsumowując, same plusy. Mniejsze, większe. Ale, jakby nie liczyć, okrągłe dziewiętnaście plusów. I żadnego minusa.

Podsumowanie po pięćdziesięciu dniach

Oprócz tego, że zakupiłem małą stertę książek (w tym, z macedońskich autorów, pozycje Andreevskiego, Janevskiego, Koneskiego i Andonovskiego, do których wrócę w przyszłych wpisach), nakreśliłem wiele potencjalnych planów i strategii na przyszłość, wypijając przy tym niezliczoną ilość kaw. Jednak głównie siedziałem przy blogu.

Ilość pracy włożonej w analizy i tłumaczenia związane z Duplo dno oraz Domem w ciszy przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Przyznam też, że zagłębianie się w tak złożone i ciężkie treści bardzo mnie zmęczyło. Ale też wzbogaciło. Przede wszystkim poznaję macedońską kulturę z jej najambitniejszej strony.

Popełniłem również kilka mniejszych, spontanicznych wpisów oraz tekst o macedońskich prikaznach, wraz z przekładami czterech z nich.

Jestem zaskoczony ilością pracy potrzebnej do złożenia tekstu w WordPress przy tak długich publikacjach – z rozbudowanymi spisami treści i wieloma typami bloków. Również dopieszczanie pewnych szczegółów wymaga czasem długotrwałej i żmudnej pracy ręcznej, znak po znaku, blok po bloku. Dla zobrazowania – samo przygotowanie cytatów Madžirova do publikacji w wordpressowskim Gutenbergu, wraz z późniejszymi korektami i optymalizacjami, trwało dwa dni.

Niestety, całkowicie zaniedbałem w tym czasie macedońską wersję bloga, na której ostatni wpis pojawił się ponad miesiąc temu. Teraz plan jest przeciwny: zająć się uzupełnieniem macedońskich wersji, zanim ruszę dalej z kolejnymi polskimi wpisami.

Czego nauczyłem się o języku

Pierwsze wrażenie prostota

Macedoński uchodzi za jeden z najłatwiejszych do opanowania przez Polaka języków słowiańskich. Nie występują w nim przypadki, podobnie jak w bułgarskim, jednak wymowa standardowego macedońskiego jest dla naszego ucha dużo bardziej klarowna. Również zapis jest fonetyczny, co bardzo ułatwia naukę – na przykład wyszukiwanie w słowniku zasłyszanych wyrazów. Wystarczy przyswoić cyrylicę. Przyzwyczajenia wymaga macedoński sposób akcentowania, ale wymowa też nie stanowi dla Polaka problemu.

Początkowo język brzmi zupełnie obco, jednak bardzo szybko zaczynamy dostrzegać podobieństwa słów macedońskich i polskich. Najpierw te oczywiste zbieżności, a potem coraz głębsze i głębsze – aż do wspólnych morfemów, przetworzonych już niejednokrotnie brzmieniowo, poprzez procesy fonologiczne zachodzące na przestrzeni wieków. Bardzo szybko poczułem ten wspólny prasłowiański korzeń, a coraz to nowe spostrzeżenia, dotyczące podobieństw polskiego i macedońskiego, wciąż jeszcze potrafią mnie zaskakiwać. Obcując zwłaszcza z macedońską literaturą, niejednokrotnie można przypomnieć też sobie jakieś ciekawe wyrazy i formy funkcjonujące gdzieniegdzie na polskich wsiach, w gwarach regionalnych, czy w starszej literaturze.

Macedoński zaprasza do nauki kusząc swoją pozorną prostotą. Po pół roku nauki i przerobieniu podręcznika na średnim poziomie wróciłem do Delčevo, radząc sobie w komunikacji bez korzystania z pomocy innych języków. Po kolejnym roku nauki ten stan uległ dalszej poprawie.

Skutki uboczne pokrewieństwa z polskim

Oczywiście lingwistyczne pokrewieństwo bardzo ułatwia początkową naukę – gdy pojmiemy chociażby jak dużą część słownika dzielą obydwa języki – ale niesie też przekleństwo interferencji i nieporozumień. Nie sposób ich uniknąć. Znaczenia podobnie brzmiących wyrazów bywają przesunięte i łatwo o błędne kalki. Nie brakuje też jawnych false friendów. Nasze języki korzystają w większości z tych samych prefiksów, ale nie zawsze działających w ten sam sposób. Podobnie z przyimkami – są takie same, ale używane często inaczej.

Pierwsze zaskoczenie – bogactwo słownika

Jednak nauczyć się macedońskiego „tak naprawdę“ może być większym wyzwaniem niż nauczyć się języka o dłuższej, ustandaryzowanej tradycji, jak chociażby rosyjski. Wspomnę bowiem, przy okazji, że język macedoński, choć w wielu cechach zachowuje sporo archaizmów i bywa kojarzony z obszarem, z którego wyszedł język staro-cerkiewno-słowiański, to jednak formalnie jest najmłodszy – został ustandaryzowany, w sensie kodyfikacji formy, w 1944 roku. Tak naprawdę funkcjonował wcześniej w ramach oddzielnych dialektów, bez ustandaryzowanej pisowni i bez bogatej tradycji literackiej. Można w ogóle czasem poczuć, że języki południowosłowiańskie wciąż tworzą do pewnego stopnia kontinuum dialektów.

Pierwszym zaskoczeniem było bogactwo macedońskiego słownika i mnogość słów oznaczających te same rzeczy. Sami macedończycy wielu z nich nie znają. Różne wyrazy bywają stosowane w różnych dialektach, albo też ich użycie zależy od rejestru wypowiedzi. Inne wyrazy występują też w literaturze. Zresztą tu też nie obowiązuje jeden standard literacki. Słowem: jest wrażenie bałaganu.

Pierwszą książką, którą przeczytałem po macedońsku, były Ilindenski narodni predanja i kažuvanja Tanasa Vražinovskiego. Jest to obszerny zbiór wspomnień z czasów powstania ilindeńskiego. Są to spisane wypowiedzi, już sprzed około pół wieku, żyjących jeszcze wówczas świadków tamtych czasów lub ich bezpośrednich potomków.

To mnie sprowadziło na ziemię. Już wówczas w miarę swobodnie rozumiałem standardowy język, treści informacyjne, podcasty, ale wspomniana książka była napisana – dla ówczesnego mnie – jakby innym językiem. Co gorsza, wiele użytych słów nie występowało w oficjalnym słowniku online! (A słownik ów jest naprawdę świetny i potężny). Wiele słów było też zniekształconych – trzeba było się domyślać, co oznaczają. I tak jest w istocie – czytanie literatury macedońskiej może wymagać nie tylko znajomości słów ze słownika, gdyż nie wszystkie warianty tam się odnajdzie, ale i poszerzania elastyczności skojarzeń, wyłapywania analogii. Znajomość sąsiednich języków – serbskiego i bułgarskiego – też może być czasem pomocna, gdyż mogą się „zaplątać“ jakieś wyrazy charakterystyczne dla tamtych języków. (Choć z drugiej strony zwiększałoby to ryzyko interferencji przy korzystaniu z nich).

To samo wrażenie powstało, gdy zabierałem się za Pirej Petre Andreevskiego. Tam język ma jeszcze inny charakter, ale równie „obcy“. Pani w księgarni sama powiedziała, że nie rozumie wszystkich słów z tej książki i że to bardzo trudny język. Również w audycjach radiowych i podcastach spotykałem się z wypowiedziami macedończyków, przyznających się do braku znajomości pewnych słów, dla mnie już wówczas oczywistych – występujących chociażby w Makedonski prikazni.

Jeszcze wspomnę, że w tego typu treściach, jak właśnie Makedonski prikazni, czy Ilindenski narodni predanja i kažuvanja – ogólnie treściach starszych lub nawiązujących do czasów historycznych – będzie występowało o wiele więcej turcyzmów niż współcześnie. Słowa te posiadają wielki urok. W czasach byłej Jugosławii do języka macedońskiego przesiąknęło znów sporo słów serbskich, a duża część turcyzmów stała się archaiczna – zachowując potencjał stylizacyjny.

Mnogość czasów przeszłych

W macedońskim występują czasy perfekt, imperfekt, aorysty, czas zaprzeszły, czas przeszło-przyszły… Formy dokonane i niedokonane. Występują l-formy i formy dokonane z „ima“. Ogólnie dużo możliwości, których sens rozumiem w trakcie czytania, ale nie wpadłoby mi do głowy, aby niektóre z nich czynnie wyprodukować w trakcie wypowiedzi.

W dodatku niektóre formy dominują w jednych dialektach, drugie w innych. Wiele z nich stosuje się na wyczucie, np. l-formy, które mogą funkcjonować jako tryb nieświadka, albo sugerować dystans poznawczy, na przykład odległość wspomnień.

Na pocieszenie dodam, że w praktyce mówionej i codziennej pisanej stosuje się tylko skromną część tych teoretycznych możliwości. Większość macedończyków raczej też mogłaby mieć problem ze stosowaniem całego ich wachlarza. Bardziej wysublimowane formy spotyka się częściej w ambitnej literaturze. I niekoniecznie współczesnej – upraszczanie się języków jest tendencją globalną.

W macedońskim w ogóle ważniejsza jest płynność niż puryzm. Tu nikt nie rozlicza z niuansów. Ludzie mówią różnie – Bałkany wszak są różnorodne.

Dialekty

Odnośnie dialektów to zahaczyłem już temat w poprzednim punkcie. To fascynujące, że na dystansie pięćdziesięciu kilometrów już mamy inny govor – inny w Skopje, inny w Tetovie, a inny w Kumanovie. To cecha całej Macedonii i nie tylko. W południowej Serbii też można dogadać się do pewnego stopnia po macedońsku, jak i w Bułgarii, nawet w Sofii. Ale im dalej, tym prawdopodobieństwo porozumienia się maleje. Dialekty są dla mnie zagadką – gdzie się kończy jeden i zaczyna drugi. Rzadko mam pewność, że dane słowo jest charakterystyczne akurat dla konkretnego dialektu.

Druga strona medalu jest taka, że młodzi i tak często przechodzą na bardziej standardowy, skopski rejestr. Dialekty nie są też żadną przeszkodą w swobodnym porozumiewaniu się z kimkolwiek, gdyż każdy i tak jest w pełni zrozumiałym macedońskim. Chociaż zdarzyło mi się usłyszeć od macedończyków z centrum i zachodu, że mają problemy ze zrozumieniem tych ze wschodu.

Słyszałem też, że rzekomo najbardziej wzorcowa macedońszczyzna występuje w Veles. Dotychczas tam nie byłem.

Nieostre znaczenia pojęć i duża waga kontekstu

W macedońskim nie tylko występuje niezliczona ilość słów oraz ich wariantów, ale słowa w ogóle mają często bardzo szerokie znaczenie. Wiele zależy od kontekstu, od wyczucia. To jest piękne.

Czego przekłady nauczyły mnie o języku macedońskim

Wypunktuję swoje spostrzeżenia:

  • Macedoński jest bardzo plastyczny i elastyczny – pod względem składni i doboru słów.
  • W swoim charakterze doskonale oddaje oralność – wytrzymuje bardzo długie ciągi zdań i nie rażą w nim powtórzenia tych samych wyrazów.
  • Interpunkcja jest łaskawa i można ciągnąć długo bez przecinków.
  • Nie wymaga doprecyzowywania znaczenia, tam gdzie nie jest konieczne – wytrzymuje ogólność sformułowań.
  • Jest bardzo kontekstowy, w sensie roli kontekstu w doprecyzowywaniu znaczenia wobec „nieostrych“ słów i elastycznej składni.
  • Pojedyncze słowa potrafią mieć potencjalnie bardzo szerokie znaczenie.
  • Macedoński lubi jednocześnie prostotę wypowiedzi.

Czego przekłady nauczyły mnie o języku polskim

Dzięki przekładom zacząłem dostrzegać jak neurotycznie wręcz precyzyjny chce być język polski. Może to być korzystne w przypadku instrukcji lub przepisów prawa, ale polskiemu często brak „luzu“ i swobody.

  • Język polski wymaga precyzyjnej składni i wciąż coś w nim „zgrzyta“.
  • Musi wiecznie doprecyzowywać co się do czego odnosi i w jaki sposób – nie pozwala sobie na niedopowiedzenia; nie znosi ogólnikowości.
  • Polski pisany a mówiony to dwie różne historie – nawet interpunkcja języka pisanego nie pokrywa się z melodią i frazą języka mówionego.
  • Nie wytrzymuje zbyt długich zdań, robią się trudne logicznie.
  • Zgrzytają w nim nie tylko zbyt bliskie powtórzenia tych samych wyrazów, ale nawet bliskie powtórzenia podobnych sylab.
  • To bardzo ciekawe, ale polski wymusza inną logikę niż macedoński. Zdarza się, że to co przechodzi próbę logiki w macedońskim, po przetłumaczeniu na polski staje się nielogiczne! Nawet jeśli sens, który chcemy oddać w macedońskim, nie wymaga doprecyzowania jakiegoś elementu, to polska logika i tak wymaga precyzji.
  • Polski jest po prostu szalenie wymagający!

Jak oceniam swój macedoński po dwóch i pół roku nauki

Szczerze, to czuję jakbym utknął. Od kiedy jestem w Skopje mówienie nie tylko się nie poprawiło, ale mówię na ten moment gorzej niż gdy przyjechałem – nie mam wiele sytuacji społecznych, pisałem długo po polsku, a macedoński przetwarzałem tylko czytając i tłumacząc. Obecnie utykam w mówieniu, czasem nie znajduję oczywistych słów, gdy mi są potrzebne.

Jednak nawet gdy bywałem w lepszej formie, to daleko mi było do naturalnego macedońskiego, choć prawdopodobnie nie wszyscy od razu orientowali się, że nie jestem stąd. A gdy się zorientowali, to czasem zadawali pytania czy mam rodzinę w Macedonii. Powszechnie też biorą mnie za Serba lub Chorwata, co i tak uważam za komplement.

Pisanie też jest sztuczne. Mam tendencję do kalek z polskiego i komplikowania. Macedończycy często zwięźle się wyrażają i ich sposób komunikacji temu sprzyja.

Myślę, że to jest najtrudniejszy etap w nauce języka, gdy stajesz się naprawdę świadomy ogromu braków.

Na zakończenie dodam, że nie jestem lingwistą i nie posiadam odpowiedniego aparatu, żeby pisać o języku w sposób naukowy. Wypowiadałem się jedynie na bazie osobistych doświadczeń i odczuć. Mam nadzieję, że do języka wrócę jeszcze kiedyś w osobnym wpisie.

Przewijanie do góry